Moja droga do minimalizmu, czyli jak z zakupoholiczki stałam się minimalistką?

Moja droga do minimalizmu, czyli jak z zakupoholiczki stałam się minimalistką?

Przyzwyczailiśmy się do rzeczy szybkich, wręcz ekspresowych. Jedzenie Fastfood, zakupy przez internet w kilka minut (bez kolejek), szybki internet, wszystko na już, na teraz, na wczoraj – dostępne od ręki. Każdy sądzi, że zmiana stylu życia dzieje się od tak. Po prostu z dnia na dzień, obracamy świat o 180° – hop siup i gotowe. Prawda jest jednak inna. Zmiana swojego nastawienia, czasem też i światopoglądu, a także, co najtrudniejsze, przyzwyczajeń nie jest możliwa na pstryknięcie palców. Do tego potrzeba czasu. Jak wyglądała moja przemiana? Co spowodowało, że z zakupoholiczki stałam się minimalistką? Ile czasu mi to zajęło? Przeczytajcie wpis a dowiecie się jak wyglądała moja droga do minimalizmu. Zapraszam!

moja droga do minimalizmu, czyli jak z zakupoholiczki stałam się minimalistką?

Sądzę, że zawsze początki są trudne, szczególnie jeśli chcemy diametralnie zmienić swoje przyzwyczajenia. Zawsze jednak do zmian potrzebny jest bodziec. Coś co sprawi, że zechcemy się zmienić i zaczniemy nasz cel realizować. Ciężko mi stwierdzić jednoznacznie co było tą iskrą u mnie. Z perspektywy czasu widzę, że wpływ na moją decyzję miało kilka czynników.

stara szafa

Na pewno jednym z głównych winowajców zmiany jest moja stara szafa. Od kiedy pamiętam zawsze był w niej bałagan. Miałam po prostu za dużo ubrań. Znalezienie bluzki, którą akurat miałam ochotę założyć danego dnia, w tej przepastnej szafie graniczyło z cudem. Nie dość, że się denerwowałam, to jeszcze robiłam w niej bałagan. Po jakimś czasie przestałam nawet je układać, bo po co skoro i tak zaraz będzie to samo. Po pewnym czasie doszło do tego, że otwierając szafę jej zawartość po prostu nieproszenie się wylewała. Widząc na Pintereście i innych portalach z inspiracjami, zdjęcia pięknych szaf, przestronnych garderób utrzymanych w idealnym ładzie, aż chciało się coś zmienić.

Jednak sam ten widok nie wystarczył, w końcu jak udało mi się upchnąć z powrotem wszystkie fatałaszki do środka, problem znikał z oczu. A jak to mówią czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

znowu nie mam się w co ubrać

Ten problem dotyczy niestety wielu kobiet. Jednak kochane, same sobie ten problem stwarzamy! Nadmiar ubrań powodował odwrotny efekt do zamierzonego. Zamiast cieszyć się niemal nieograniczonymi możliwościami tworzenia stylizacji, codziennie rano stawałam przed szafą i nie widziałam tam niczego, co miałabym ochotę założyć. Nawet jeśli znalazłam jedną rzecz, to nie mogłam dopasować do niej reszty i tak w kółko.

Nie rozumiałam wtedy, jak to jest możliwe? No przecież mam tyle rzeczy, szafa się nie domyka a tu nie mam się w co ubrać. Sęk w tym, że jeśli moja szafa składała się z wielu różnorodnych rzeczy, w kwiatki, koronki, paski, kropki, kratki i inne wzory, a nie było nawet rzeczy prostych, które mogłyby stworzyć z nimi spójną całość, to równie dobrze mogłabym ich nie mieć. Wyszłoby na to samo.

W kwestii organizacji garderoby bardzo pomógł mi blog Make Life Easier i książka Kasi Tusk “Elementarz Stylu”. Dzięki tej książce poukładałam sobie wreszcie całą swoją garderobę, pozbyłam się zbędnych, niepasujących do siebie rzeczy i wreszcie byłam zadowolona ze swojej garderoby. No prawie…

Jest jedna rzecz, która w tej książce mi się nie spodobała i była inspiracją do jednego z moich pierwszych wpisów na tym blogu. Lista rzeczy, które każda kobieta MUSI mieć w szafie. Początkowo ślepo w to wierzyłam. Skoro osoba, która ma niesamowite wyczucie stylu i prezentuje się tak elegancko, mówi, że biała koszula jest podstawą garderoby to tak musi być, prawda? No właśnie okazuje się, że nie. Każdy z nas powinien opracować swój własny must have na podstawie tego co lubimy, w czym wyglądamy i czujemy się świetnie. Nie każdy musi nosić białe koszule i o tym przekonałam się na własnej skórze. Kupiłam piękną białą koszulę i … nie założyłam jej ani razu. Po prostu uważałam, że jest zbyt poważna jak dla mnie.

sentymenty

Ile razy mieliście taką sytuację, że chcieliście coś wyrzucić jednak koniec końców zatrzymywaliście daną rzecz, bo pewien sentyment, wspomnienie z tym przedmiotem Wam na to nie pozwalało? Nie będę Was za to bić, ani na Was krzyczeć. Sama tak robiłam. Uwierzycie, że do końca liceum trzymałam zeszyty z podstawówki? Pewnie teraz nasuwa się Wam pytanie – dlaczego?

Otóż kończąc podstawówkę uważałam, że skoro gimnazjum jest jej kontynuacją to część notatek i wiedza w nich zawarta przyda mi się w dalszej nauce. Guzik prawda. Nie zajrzałam do nich ani razu. Po ukończeniu gimnazjum sytuacja powtórzyła się. Gdy byłam w liceum rodzice postanowili zrobić remont, więc musiałam wypakować zawartość każdej szafki i schować ją do kartonów.

Cały pokój został zalany toną makulatury, bibelotów i innych niepotrzebnych rzeczy. W przeprowadzaniu selekcji na całe szczęście asystował mi mój chłopak. To on pomógł mi zrozumieć, że trzymanie rzeczy na potem z myślą, że “kiedyś mi się to przyda” nie ma najmniejszego sensu z dwóch oczywistych powodów. Po pierwsze nie mamy gwarancji, że kiedykolwiek się nam to przyda, a nawet jeśli to na 99,9% zapomnimy, że daną rzecz posiadamy. W konsekwencji i tak kupimy nową.

Teraz wydaje mi się to oczywiste, jednak wtedy ciężko było mi się z tym pogodzić. Z perspektywy czasu jestem przeszczęśliwa, że miałam tak mądrą osobę u swojego boku. Pozbycie się niepotrzebnych rzeczy dało mi niesamowitą ulgę i satysfakcję. Do teraz, gdy robię porządki i mogę coś wyrzucić, odczuwam ogromną satysfakcję i radość z tego, że znów udało mi się ograniczyć ilość posiadanych rzeczy.

inspirująca lektura

Ogromnym kopem do działania była dla mnie lektura kilku, moich zdaniem, genialnych książek, do których od czasu do czasu wracam. Była to jak już wspomniałam książka Kasi Tusk “Elementarz stylu”, “Slow fashion. Modowa rewolucja.” Joanny Glogazy i książka “Lekcje Madame Chic” Jennifer L. Scott. Każda z nich uświadamiała mi, że mniej znaczy więcej i im więcej posiadamy, tym gorzej się czujemy. 

Dzięki nim stałam się bardziej świadoma swoich decyzji zakupowych i bardziej opanowana podczas zakupów. Niska cena i modny fason, przestały być powodem dla zakupu danej rzeczy. Nauczyłam się planowania swojej szafy, a także rozsądnego kupowania nowych elementów.

wyprowadzka

Mawiają, że nigdy nie wiesz ile masz rzeczy, dopóki się nie wyprowadzisz. No muszę przyznać, że coś w tym jest. Gdy mamy wszystko pochowane z widoku, poupychane w tych niezwykle pojemnych szafkach, to nie widzimy ile tak na prawdę tego wszystkiego mamy. Dopiero, gdy wszystko musimy wypakować na środek pokoju okazuje się, że nie wiadomo skąd mamy trzy razy więcej rzeczy niż sądziliśmy. Ale jak to jest możliwe? Samo się namnożyło? No nie możliwe, że aż tyle zgromadziłam.

Rok temu wyprowadziłam do Słowenii. Wiadomo, miejsce na bagaż w samolocie jest ograniczone – wymiarami i wagą. Musiałam spakować się na półroczny wyjazd i zmieścić się do jednego bagażu podręcznego i jednej dużej walizki do 23 kg. Co to było za wyzwanie! Żeby domknąć walizkę musiałam na niej usiąść. Była tak ciężka, że nie byłam w stanie samodzielnie jej podnieść. 

Mało tego, na lotnisku oczywiście okazało się, że waży za dużo i muszę z czegoś zrezygnować. Wyobrażacie sobie moją panikę? Przecież nie miałam komu zostawić swoich rzeczy, a szkoda było mi ich wyrzucić. Większość była nowa lub zbyt wartościowa dla mnie, żeby się ich pozbyć. Dlatego też po licznych próbach przepakowania swojej walizki udało mi się zmieścić w limicie. Musiałam wyglądać dziwnie z wypchanymi do granic możliwości kieszeniami, walizką podręczną i torbą, ale cóż. Czego się nie robi dla ukochanych rzeczy?

Jakież było moje zdziwienie, gdy po miesiącu mieszkania w Słowenii odkryłam, że noszę zaledwie 1/2 rzeczy, które ze sobą przywiozłam. W tym momencie powinnam zaznaczyć, że gdy pakowałam się do wyjazdu, moja szafa już była wyselekcjonowana. Na tamtą chwilę sądziłam, że mam idealną liczbę ubrań. Okazało się jednak, że nadal miałam ich za dużo. Na miesiąc przed powrotem odesłałam dużą walizkę do domu. Przez miesiąc wytrzymałam na zawartości niewiele większej od podręcznej walizki. Nie mogłam się nadziwić, że ani razu nie pomyślałam o tych rzeczach, które odesłałam.

Oczywiście po powrocie do domu moja szafa przeszła kolejną selekcję. Tym razem jednak byłam dla moich rzeczy bezlitosna. Oddałam, wyrzuciłam lub wystawiłam na sprzedaż wszystkie rzeczy, których nie nosiłam. Bez zbędnych sentymentów.

Czy to już koniec?

Ale tak naprawdę moja droga do minimalizmu, nie była (i nie jest) idealna. Zdarzały się chwile zwątpienia, czy nagła potrzeba zakupu nowej rzeczy. Może to wydawać się Wam dziwne, ale nadal nie osiągnęłam idealnego stanu. Nadal jestem na swojej drodze do minimalizmu. Cały czas walczę ze swoją rozrzutną naturą i chęcią posiadania rzeczy. Co sezon lub czasem nawet częściej robię selekcję posiadanych rzeczy i za każdym razem znajduję rzeczy zbędne.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Nic nie dzieje się za pstryknięciem palców (no dobra, może światło się zapala). Zmiany potrzebują czasu. Na swój sposób dalej walczę z syndromem chomika i chociaż osiągnęłam pewien sukces, nadal mam jeszcze dużo pracy przed sobą.

Także kochani, na przykładzie mojej historii chciałam Wam pokazać, że to wytrwałość i motywacja są w tym wszystkim najważniejsze. Czasem nawet jeśli przyjdą chwile zwątpienia, nie można się poddawać. Bo na efekty naszych wysiłków czasem trzeba trochę poczekać. Każda nawet najmniejsza zmiana na początku musi zajść w naszej głowie. Bez tego ani rusz!

 

Zobacz także



2 thoughts on “Moja droga do minimalizmu, czyli jak z zakupoholiczki stałam się minimalistką?”

    • Kwestia tego, czy mamy dużo, czy mało ubrań jest dość indywidualna. Najważniejsze, żebyś Ty czuła się dobrze z jej zawartością. Każda zmiana potrzebuje czasu, więc trzymam kciuki, żeby i Tobie się udało. Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Scroll Up