Koreańska pielęgnacja polskimi kosmetykami

Koreańska pielęgnacja polskimi kosmetykami

Nie tak dawno pisałam Wam o tym czym jest minimalistyczna kosmetyczka i jak wygląda zawartość mojej kosmetyczki. W ostatnim wpisie celowo pominęłam kosmetyki do pielęgnacji twarzy, gdyż po pierwsze wpis i tak wyszedł dłuższy niż zamierzałam (mówiłam Wam już, że jestem straszną gadułą?), a po drugie stwierdziłam, że ciężko będzie Wam przyjąć tyle informacji na raz. Dzisiaj pokrótce opiszę Wam zasady koreańskiej pielęgnacji i jak można ją stosować przy użyciu głównie polskich, naturalnych kosmetyków. Zapraszam na wpis koreańska pielęgnacja polskimi kosmetykami!

koreańska pielęgnacja polskimi kosmetykami

O co chodzi?

Chociaż nie jest to wynalazek XXI wieku, to jednak dopiero kilka lat temu amerykanie i europejczycy zaczęli interesować się prawidłową pielęgnacją twarzy. Można uznać, że gorączka koreańskiej pielęgnacji objęła cały świat. Nic dziwnego. Każdy marzy o idealnej cerze – zawsze promiennej, bez niedoskonałości i oznak starzenia. Przez długi czas sądziliśmy, że piękna cera to kwestia genów lub pieniędzy. Dzięki książce Charlotte Cho, wszystko jednak stało się jasne. Geny i pieniądze to nie wszystko! Owszem mogą pomóc, ale tak naprawdę każdy może cieszyć się nieskazitelną cerą, jeśli tylko trochę o nią zadba. Nie trzeba wydawać fortuny na działające cuda (przynajmniej według producenta) specyfiki, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Koreańska pielęgnacja to zaledwie kilka kroków, które codziennie zajmą Wam do 15 min, a efekty są zadziwiające. Spróbujecie?

1. Oczyszczanie podstawą codziennej pielęgnacji

Po całym dniu nasza skóra, nawet jeśli nie nakładamy makijażu, wymaga odpowiedniego oczyszczenia. Zanieczyszczone powietrze, pyłki, kurz, pot, sebum, czy martwy naskórek pozostawiają swój ślad na naszej skórze, stąd tak ważne jest jej codzienne oczyszczanie – ja oczyszczam ją w trzech krokach.

DEMAKIJAŻ

Jeśli na co dzień się malujesz, na początek należy wykonać demakijaż. Wybór specyfiku do tego celu zależy od Ciebie. Na rynku istnieje wiele rodzajów – od chusteczek do demakijażu idealnych na podróż, poprzez płyny do demakijażu, płyny micelarne, które świetnie sprawdzają się w przypadku makijaży wodoodpornych, na żelach i piankach kończąc. Mi wystarcza klasyczny płyn do demakijażu – na zdjęciu nawilżający płyn do demakijażu do Yves Rocher (cena ok. 30 zł za opakowanie 390 ml).

Dla mnie najważniejsze w kosmetyku są dwie cechy – skuteczność i naturalny skład. Nie jest to obojętne czym raczymy naszą skórę, w końcu jest to nasz największy organ, który wchłania wszystko co mu podamy. Skoro unikamy szkodliwej chemii w jedzeniu, dlaczego mielibyśmy ładować sobie całą przysłowiową tablicę Mendelejewa na skórę?

OLEJEK

Drugim etapem oczyszczania naszej cery jest zastosowanie olejku myjącego. Muszę przyznać, że musiałam się trochę naszukać zanim znalazłam taki, który nie zawierał niepotrzebnych składników (konserwantów, pegów etc.). Mój wybór padł na olejek myjący polskiej marki Vianek (cena ok. 20 zł za opakowanie 150 ml) i pomimo obaw, jestem z niego zadowolona.

Teraz zapewne pojawiło się Tobie w głowie pytanie, a na co mi mycie twarzy olejkiem, czy nie miałam usunąć nagromadzonego sebum, a Ty mi mówisz, że mam dodawać sobie tłusty film na cerę? Nic bardziej mylnego! Zapewne zdziwi Cię fakt, że olejek do demakijażu mogą stosować osoby z każdym rodzajem cery, nawet osoby z tłustą cerą. Ale jak to? Już tłumaczę. Olejek do demakijażu nie pozostawia tłustego filmu na skórze, za to rozpuszcza wszelkie tłuste zanieczyszczenia np. filtr przeciwsłoneczny, makijaż, czy nagromadzone sebum wraz z osadzonym na skórze smogiem.

ŻEL MYJĄCY

Trzeci etap oczyszczania polega na zastosowaniu kosmetyku na bazie wody. Do tego celu świetnie sprawdzają się wszelkie żele. W mojej kosmetyczce znalazł swoje miejsce żel ziołowy do mycia cery tłustej Fitomed “Mydlnica lekarska”. Świetnie oczyszcza cera, jest wydajny i kosztuje grosze. W składzie znajdziemy same dobrocie natury – dla mnie ideał (ok. 11 zł za opakowanie 200 ml). No dobra, a teraz po jakiego grzyba mam myć twarz po raz trzeci? To nie tylko wymysł Koreańczyków, ale także zalecenia wielu lekarzy dermatologów i kosmetyczek. Dzięki zastosowaniu żelu usuwamy resztki zanieczyszczeń, które przyczyniają się do powstawania tak niechcianych przez nas niedoskonałości.

2. Złuszczanie – pozbądź się martwego naskórka

Nie bójcie się, nie trzeba robić tego codziennie. Wystarczy zaledwie raz w tygodniu wykonać porządny peeling i gotowe! Nie tak dawno na rynku pojawiła się nowość. Jakiś czas temu, te osoby, które obserwują mój Instagram mogły zobaczyć moje nowe odkrycie – naturalną gąbkę konjac (planuję przygotować jej szczegółową recenzję), która oczyszcza naszą cerę, nawilża ją, masuje a dodatkowo delikatnie peelinguje (obecnie używam gąbki konjac od Yves Rocher, cena ok. 20 zł). Uwaga, sprawdzi się nawet do wrażliwej skóry!

Jako kosmetyk do złuszczania skóry do tej pory stosowałam nawilżający, drobnoziarnisty peeling od Yves Rocher (ok. 25 zł za 75 ml). Jednak muszę przyznać, że pomimo faktu, że bardzo lubię firmę Yves Rocher, to jednak ich specyfiki do twarzy średnio mi służą. Ten peeling jest dość delikatny, jednak nie przynosi zamierzonego efektu. 

Na zdjęciu widzicie też nowy nabytek, który niedługo zastąpi mi kończący się wcześniej wspomniany peeling. Tym razem postawiłam na Alterrę. Jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi, w głębi duszy liczę na sukces. Maska oczyszczająca na zdjęciu także pochodzi od Yves Rocher i tak jak z peelingu, tak i z tej maski nie jestem zadowolona. Zdecydowanie lepsza była nawilżająca maska od Douglasa (jej recenzję znajdziecie tutaj), chyba do niej wrócę.

3. Tonik czyni cuda

Wiem, że części z Was tonik może kojarzyć się z oczyszczaniem, jednak jego zadanie jest zupełnie inne. Po naszym trzystopniowym oczyszczaniu pozbawiamy naszej skóry części bariery ochronnej. Żeby ją odbudować i domyć “niedobitki” makijażu stosujemy właśnie toniki. Ich zadaniem jest nie tylko przywrócenie prawidłowego pH naszej skórze, ale także przygotowanie jej na wchłonięcie substancji nawilżających z kremów.

U mnie właśnie skończył się antybakteryjny tonik z aktywnym srebrem od polskiej firmy Organic Life (jego recenzję możecie przeczytać tutaj). Zamieniłam go na widoczny na zdjęciu tonik, a dokładniej na Regulującą Esencję z Ekstraktem Wierzby Białej, również polskiej marki Polny Warkocz (ok. 13 zł za opakowanie 100 ml). Jak na razie poza typowo ziołowym zapachem nie mam do niej zastrzeżeń.

4. Regeneracja i odżywienie kluczem do sukcesu

Tutaj możecie zachować pewną dowolność. Możecie zastosować zarówno esencję jak i koncentraty – serum. Tylko od Was i potrzeb Waszej skóry zależy, czy będziecie stosować jedno z nich, czy obydwa naraz. Jaka jest między nimi różnica?

Esencja jest sercem koreańskiego rytuału, ma za zadanie nawilżyć i wspomagać procesy naprawcze zachodzące w skórze, polecana jest na noc i na dzień, nawet jako baza pod makijaż.

Koncentraty/serum, to kosmetyki o większej zawartości składników odżywczych niż esencja (można uznać, że esencja to rozcieńczone serum), przez co zazwyczaj są gęstsze. Głównie stosuje się je na konkretne problemy skórne – serum przeciwzmarszczkowe, przeciwtrądzikowe etc.

Esencję w perłach z wyciągiem z zielonej herbaty od Bielendy stosuję zawsze rano po oczyszczeniu twarzy tonikiem (cena ok. 25 zł za opakowani 30 g). Natomiast serum również od Bielendy z tej samej serii, o znacznie bogatszym składzie i działaniu stosuję wieczorem po dokładnym oczyszczeniu twarzy przed nałożeniem kremu (cena ok. 25 zł za 15 ml). Wystarczy zaledwie kilka kropel, a cała twarz po nim staje się bardziej promienna i odżywiona.

Nie może także zabraknąć kremu pod oczy. Po całym dniu nasze oczy mogą być nieco opuchnięte lub zasinione (pojawiają się tak zwane wory pod oczami). Odpowiednio dobrany do naszych indywidualnych potrzeb krem pod oczy, powinien rozświetlić okolice oczu, nawilżyć naszą niezwykle wrażliwą skórę i ją zregenerować. Ja stosuję łagodzący żel krem od Yves Rocher (ok. 30 zł za opakowanie 15 ml). Spektakularnych efektów nie widzę, ale też nie mam większego problemu z okolicami oczu.

5. Maseczki 

Na rynku jest dostępnych kilka typów masek – maski w płachcie, maski peel off – stygną nam na twarzy po czym zdejmujemy je w jednym kawałku (przynajmniej takie jest założenie, w praktyce jednak nie zawsze tak wychodzi) lub całkowicie zmywalne maski. Te ostatnie trzymamy na buzi najkrócej, bo zaledwie 5-10 min. Maseczki w płachcie zajmują nam około 15-20 min, a maseczki peel-off najdłużej – w zależności od grubości nałożonej warstwy i kilku innych czynników stygną od około 20 do nawet 30 min.

Maski tak jak peelingi stosujemy raz, dwa razy w tygodniu, w zależności od potrzeb i preferencji. U mnie (częściowo przez brak czasu) maska na twarz pojawia się tylko raz w tygodniu. Maski mogą mieć różne przeznaczenie. W sklepach znajdziemy maski o działaniu przeciwstarzeniowym, oczyszczającym, nawilżającym, odżywczym itd. Ważne jest, aby dobrać odpowiednią do siebie. Tutaj możemy trochę poeksperymentować.

Na promocji w Rossmannie zakupiłam właśnie maski w płachcie, bo tylko takich jeszcze nie testowałam i jestem ciekawa ich działania. Z pewnością podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami po jej przetestowaniu.

6. Kosmetyki nawilżające – kremy

Stosujemy go na samym końcu, co wcale nie oznacza, że jest mniej istotny w naszej pielęgnacji. Wręcz przeciwnie, to właśnie po jego nałożeniu kończymy nasz wieczorny rytuał. Krem nawilża, odżywia i wspomaga regenerację naszej skóry, gdy my słodko śpimy. Jego aplikacja zajmuje krótką chwilę, a daje mnóstwo korzyści. Krem powinniśmy, tak jak pozostałe kosmetyki, dostosować do potrzeb naszej skóry.

Zaleca się, by na noc krem był bogatszy w składniki odżywcze niż ten na dzień. Dlaczego? Z prostej przyczyny, im więcej składników odżywczych tym krem dłużej się wchłania, stąd też średnio będzie się sprawdzał z rana, gdy mamy mało czasu a korzystamy z dobrodziejstw kosmetyków do makijażu. Część z nich może niestety nie współpracować z naszym podkładem.

Na noc stosuję mazidło konopne polskiej firmy Polny Warkocz (ok. 27 zł za opakowanie 50 ml). Jest po prostu cudowny, idealnie odżywia i nawilża moją problematyczną cerę. Ma piankową konsystencję, która po rozsmarowaniu zostawia delikatny film na niej (stąd nadaje się tylko na noc). Dodatkową zaletą jest jego zapach – zapach herbaty z cytryną i jego wydajność. Niewiele mazidła potrzeba, aby pokryć nim całą twarz.

Na dzień stosuję krem z wyciągiem z drzewa herbacianego Originals (dostępny w Rossmannie – cena ok. 9 zł za opakowanie 100 ml). Intensywnie ziołowy zapach co niektórych może odrzucić (mi najbardziej skojarzył się z rozgrzewającym kremem, którym smarowali mnie rodzice, gdy byłam chora). Jeśli chodzi o działanie, to rzeczywiście jest całkiem przyzwoity.

7. Ochrona SPF

Po wynikach ostatniej ankiety na Instagramie, które notabene mnie przeraziły, postanowiłam na ten temat napisać osobny wpis. Jednak nie można we wpisie o koreańskiej pielęgnacji nie wspomnieć o ochronie przeciwsłonecznej. To bardzo ważny i nieodłączny jej element. Niezależnie od tego, czy spędzasz czas w większości w pomieszczeniu, czy na dworze, cały czas jesteś narażona na promieniowanie słoneczne, tak szkodliwe dla naszej skóry. Przyspiesza procesy starzenia, wysusza skórę i może prowadzić do raka skóry.

Dlatego właśnie ja codziennie stosuję krem z filtrem od Ziaji z serii Med (ok. 15 zł za opakowanie 50 ml) i Wam także polecam jego stosowanie. Coraz więcej firm włącza do swojej oferty kremy z filtrem. Lepiej zapobiegać niż leczyć.

Czy słyszeliście już kiedyś o koreańskiej pielęgnacji, a może już ją stosujecie? Używacie już którychś z przedstawionych w tym wpisie kosmetyków? Dajcie znać w komentarzach jak się u Was sprawdzają 🙂 

 

Zobacz także



2 thoughts on “Koreańska pielęgnacja polskimi kosmetykami”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Scroll Up